Wczoraj wieczorem w Sali BHP Stoczni Gdańskiej obejrzałem film dokumentalny „1989)” w reżyserii Michała Bielewskiego. Miesiąc po miesiącu ten film odświeżył moja pamięć. Bo pamięć o wielu faktach zatarła się, czas jakby uległ sprasowaniu do kilku wrażeń. Przez ekran przemykały kolejne wydarzenia: rozmowy Okrągłego Stołu, Magdalenka, wybory do Sejmu i Senatu, likwidacja kartek na mięso i uwolnienie cen, powołanie rządu Mazowieckiego, upadek komunizmu na Węgrzech, w Czechosłowacji, Bułgarii i krwawe wydarzenia w Bukareszcie.

Gorąco polecam ten film. Podobnie jak inne dokumenty z tego czasu. Dopiero bowiem znając przynajmniej pobieżnie punkt startu Polski z 1989 roku można ocenić i docenić to wszystko, co udało się nam w Polsce, w naszych miastach, zrobić dobrego. Niekiedy wręcz nie potrafimy tego wielkiego skoku docenić.

Rok 1989 w mojej prywatnej biografii był ważny. W październiku obroniłem pracę magisterską i w tym samym miesiącu zacząłem pracę na stanowisku asystenta na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Przeglądając pożółkłe już papiery, akty zatrudnienia, odczytuję wynagrodzenie z listopada – 131 tysięcy złotych. A już w czerwcu następnego roku 589 tysięcy, a w grudniu już milion sto tysięcy! I to nie Uniwersytet był tak rozrzutny, to inflacja uczyniła z nas milionerów.

Praca ze studentami, ludźmi niewiele ode mnie młodszymi, w dodatku w tak szybko zmieniającej się Polsce, była pasjonująca. Większość moich studentów z naturalnych powodów „nie załapała się” na Solidarność. Ale w większości byli sympatykami ruchu i zachodzących w kraju zmian. Nasze zajęcia często przekształcały się w dyskusje i spory o Mazowieckiego, Wałęsę, Balcerowicza. Próbowaliśmy wspólnie zrozumieć zmiany. Nasz młody wiek, brak zobowiązań rodzinnych czynił z nas murowanych optymistów planujących swoja przyszłość bez większych obaw czy lęków.

Koniec 1989 przyniósł symboliczne zerwanie z PRL. Na głowę orła w godle państwowym po długiej przerwie wróciła złota korona. A my nagle przestaliśmy być obywatelami PRL, by stać się obywatelami Rzeczpospolitej Polskiej.

I w tym kontekście z uśmiechem wspominam drobne zdarzenie z 2 maja 1982 roku, kiedy to patrol ZOMO masowo wyłapywał dziewczęta i chłopców noszących oporniki, które drażniły reżimowych funkcjonariuszy. Nie nosiłem opornika, jako miłośnik tradycji nosiłem małego orzełka w koronie. I on właśnie, podobnie jak oporniki moich kumpli, zaprowadził mnie na kilkanaście godzin najpierw do milicyjnej lodówki (duży samochód typu Star), a później do komisariatu w Nowym Porcie.

Końcówka roku 1989, dzięki krwawym wydarzeniom w Bukareszcie, uświadomiła mi bardzo wyraźnie pozytywny sens pokojowej rewolucji Solidarności z lat osiemdziesiątych, sens trudnych kompromisów Okrągłego Stołu i rozmów w Magdalence.

Do dziś mam czasami wrażenie, że wciąż gdzieś z głębi pamięci dochodzą do mnie echa tragicznych obrazów z ulic Bukaresztu. I odczuwam wielką ulgę, że udało nam się tego uniknąć. Że polskie ulice nie spłynęły krwią, że nikogo nie zabito, co tak smuci poetę Jarosława Marka Rymkiewicza („Cóż to za rewolucja, która nie gilotynuje władców”).

Radość tych czerwcowych dni z 1989 roku, radość z odzyskanej wolności była przytłumiona przerażającymi wiadomościami z Pekinu, gdzie reżim czołgami rozjeżdżał buntujących się studentów i ich nadzieje na wolność. Wydarzenia z Placu Tian’anmen śledziłem z uwagą, jakby działo się to tuż obok mojego domu. Krwawe stłumienie pekińskiej rewolty uczciliśmy manifestacjami i paleniem świec pod murem konsulatu ChRL we Wrzeszczu.

Powiewem wielkiego świata i zmian zachodzących w kraju była lipcowa wizyta wiceprezydenta USA Georga Busha. Amerykańska machina zademonstrowała swoją siłę, hotel Heweliusz stał się czymś w rodzaju małego Białego Domu pilnie strzeżonego przez agentów. Parking przed hotelem wypełniony był setką nowiutkich samochodów volvo… Bush z Wałęsą na Placu Solidarności zgromadzili kilkanaście tysięcy gdańszczan. A jeszcze przecież nie tak dawno ten plac był blokowany przez ZOMO.

Zmiany zachodziły bardzo szybko. Jakie uczucia mną wtedy targały? Radość i nadzieja. Miejscami beztroska i luz. Jeszcze w 1988 ja i moi koledzy, po zawieszaniu strajku na Uniwersytecie, ukrywaliśmy się z obawy przed zatrzymaniem przez SB. Idąc na spotkanie, czy przenosząc bibułę stosowaliśmy różne środki ostrożności (tzw. BHP). A teraz luz. Nikt nie śledzi, nikt nie zamyka! Tylko, co może śmieszne, długo jeszcze śniły mi się sny z esbekami. Chodzili po mieszkaniu moich rodziców, robili rewizje. Ale na szczęście rewizje, ten gwałt na prywatność, odeszły już w przeszłość.

Komentarze