Pewnie większość z Was już słyszała, że dziś wykupiliśmy na własność miasta jeden ze stoczniowych dźwigów. Każdy gdańszczanin stał się więc właścicielem jednego z charakterystycznych żurawi. Uznaliśmy, że żuraw estakadowy M15, powinien być chroniony, gdyż wynikało to ze studium krajobrazowego, sporządzonego w zeszłym roku. Przejezdny, obrotowy, wieżowy, z wodzakiem na wysięgnicy dźwig, tworzy integralną grupę widokową z budynkiem dawnej traserni z napisem: „Stocznia Gdańska”. Całość wspomnianego studium znajduje się na http://www.gdansk.pl/zurawie,1569.html .
Dzięki negocjacjom i życzliwej postawie właściciela nabyto dźwig za cenę złomu, ale to jednak nie wszystkie poniesione koszty. Dźwig musi stać na określonym terenie, który również będziemy dzierżawić. Dźwig trzeba konserwować, dbać o jego kondycję techniczną i bezpieczeństwo, oraz ubezpieczyć, co również kosztuje. To jeden, nieduży dźwig, o którym więcej przeczytają Państwo na stronie miasta http://www.gdansk.pl/start_nowy,512,27372.html Ale ze wspomnianego studium wynika, że dla większości z nas, wartość kulturową i krajobrazową ma przede wszystkim cała duża grupa dźwigów KONE. Charakterystyczne sylwetki żurawi, skupione na względnie niedużym obszarze, są dla gdańska najcenniejszym obiektem na terenie stoczni.

Jest tylko jeden „drobny szczegół” o którym trzeba pamiętać. Każdy jeden z nich, w cenie samego złomu to około miliona złotych. Jeśli zajdzie potrzeba chronienia całej grupy, to należałoby również wykupić teren całej pochylni by zachować ten ważny element krajobrazu. Każdy potrafi sobie wyobrazić, że to już kwestia raczej dziesiątek milionów. Uwzględniając koszty konserwacji, ubezpieczenia, oświetlenia, ochrony itd. widać jak na dłoni, że to gigantyczny wydatek i temu właśnie chciałbym poświecić ten artykuł. Powstaje poważny problem, który niechętnie podejmowany jest w debacie publicznej, kto powinien zająć się chociażby takimi dźwigami? Kto powinien to finansować i w jakim stopniu? Chciałbym usłyszeć na ten temat zdanie czytelników tego bloga, zwłaszcza gdańszczan.

Od ponad dwóch dekad spotykam wielu doradców, którzy mówią nam co powinniśmy zrobić w stoczni i jak ją urządzić. Zwłaszcza, świetne pomysły szerokim strumieniem płyną ze środkowego biegu Wisły. Nigdy jednak żaden z życzliwych dla stoczni ministrów, sekretarzy stanu, nie wskazał jak to zrobić i za co?

Aby zrozumieć całą problematykę terenów postoczniowych musimy sięgnąć do czasów pierwszego rządu III Rzeczpospolitej. Otóż przez cały czas PRL, przedsiębiorstwa państwowe nie miały osobowości prawnej, a ziemia na której funkcjonowały była ziemią skarbu państwa. Ustawa z 5 grudnia 1990 r. nie tylko nadała im osobowość prawną, ale uwłaszczyła tereny. Odtąd właścicielami ziemi stały się przedsiębiorstwa, które na niej funkcjonowały. To był błąd systemowy. W ten sposób uwłaszczono również tereny PGR-ów, tereny wojskowe, które przeszły swoją drogę dziejową. Błąd tkwił w tym, że samorządy utraciły nad tymi terenami jakąkolwiek kontrolę. Postulowaliśmy wtedy jako Gdańsk, aby w przypadku stoczni, gdańskiej, gdyńskiej i szczecińskiej wyłączyć tereny spod tej zasady i przekazać je administracji samorządowej przed prywatyzacją. Nasz postulat za rządów Buzka nie został przyjęty i od tego czasu zaczęły się kłopoty.

Kilka lat po uwłaszczeniu terenów stoczni, w roku 1995 Miasto Gdańsk rozpoczęło proces planistyczny, zlecając opracowanie Studium Rewitalizacji Północnej Części Śródmieścia Gdańska, traktując tereny stoczniowe jako integralną część Śródmieścia Gdańska.
Już w 1996 przygotowano szereg wariantów rozwiązań komunikacyjnych, od których zależało ukształtowanie zagospodarowania terenów Młodego Miasta jak roboczo został nazwany ten fragment miasta. Wtedy też została zaprojektowana ulica Nowa Wałowa.

W 1999 roku Stocznia zostaje sprzedana na rzecz Synergii 99, która zakwestionowała jednocześnie wyłożony już po uzgodnieniach plan zagospodarowania. W tym momencie tereny całej dawnej Stoczni Gdańskiej stały się prywatne i ani przez moment od 1989 roku nie były miejskie.

Nowy wiek rozpoczął się rokiem 2000 i intensywnymi pracami nad dwoma planami zagospodarowania. Dyskusja przy okazji procesu planowania zawierała również w sobie całą procedurę wyłożenia do publicznego wglądu projektów planów miejskich. Odbyły się seminaria, konferencja naukowa z udziałem światowej sławy urbanistów i naukowców, konserwatorów zabytków, specjalizujących się w problematyce tworzenia „water-frontów”.
To również rok wielkich rocznic Solidarności. Miasto na własny koszt rozebrało dawny szpital i wyremontowało Salę BHP, aby godnie przyjąć wielu gości, w tym wybitnych polityków z całej Europy.

W latach 2001-2003 cały czas trwają intensywne prace warsztatowe planistyczne w gorszej lub lepszej atmosferze wraz z Synergią 99. W tym czasie również odbyła się również dyskusja, nad tzw. „siatkami Dominiczaka”, które wróciły niedawno na usta dziennikarzy.

W międzyczasie Synergia nie płaci swoich zobowiązań wynikających z podatku od nieruchomości, które przez lata narastają do gigantycznych kwot. Miasto pomaga istnieniu stoczni nie nasyłając komornika.

Rok 2004 był rokiem przełomowy. Pojawiła się realna groźba likwidacji przemysłu stoczniowego w Gdańsku. Inwestor terenów stoczniowych wysyła jasne sygnały, że oczekuje zmiany planu zagospodarowania terenów stoczniowych, likwidując jego funkcje przemysłowe, w przeciwnym razie ogłosi upadłość całej stoczni, zwalniając pracowników.
Po żmudnych negocjacjach udaje się odzyskać część terenów stoczniowych dla miasta. To teren ECS, tereny pod przyszłe drogi w zamian za długi, które miała Synergia wobec Gdańska. Udaje się również uratować funkcje przemysłu stoczniowego, pozostawiając w planach przestrzennych funkcje przemysłowe. Synergia zawiera ostatecznie długoletnią umowę dzierżawy pochylni ze Stocznią Gdańską, umożliwiającą stabilną działalność stoczni.
Rok 2004 to również rok wyłożenia do publicznego wglądu planu Gdańsk Nowe Miasto – Stocznia Plac Solidarności. Odbyła się też publiczna dyskusja, na którą przyszła rekordowa liczba uczestników, około 100 osób. Zwykle takie dyskusje przyciągają kilku zainteresowanych.

W roku 2005 NSZZ „Solidarność” otrzymuje w formie darowizny dawną salę BHP, wcześniej wyremontowaną przez miasto.

Przez wszystkie te lata staramy się zainteresować kwestią stoczni i jej terenów kolejne władze, kolejnych ministrów, jeżdżąc do Warszawy, dzwoniąc, próbując zainteresować problemem. Wszystkie po kolei ekipy, takiej pomocy nie potrafią zaoferować.

Potem przychodzi czas na duńskiego dewelopera, który nabywa tereny od Synergii 99, ale nadchodzący kryzys szybko spowodował, że ambitne plany deweloperskie do dziś pozostają wyłącznie na papierze. Pojawienie się nowego gracza znowu odbyło się za plecami miasta, które po raz kolejny musiało dostosować się do zmieniających się reguł gry.
Część terenów (12 hektarów), które przejęło miasto stanowią: drogi, w tym obecnie budowana Nowa Wałowa, teren gdzie uczczona ma zostać w sposób należyty pamięć o ruchu „Solidarności” (teren ECS, Placu Solidarności) oraz planowana Droga do Wolności. Pozostałe tereny niezmiennie od 1990 r. pozostają w rękach prywatnych. Zmieniają się właściciele, prezesi, Stocznia zostaje przejęta przez ukraińskiego inwestora a nowa dzielnica się nie buduje, a i kondycja Stoczni Gdańskiej cyklicznie bywa nienajlepsza.

Tereny stoczni nadal zawierają w sobie ważne kulturowe pamiątki architektury oraz techniki, i obecnie, w roku 2013, Konserwator Wojewódzki przeprowadza proces ich inwentaryzacji.

Pozostaje pytanie nadal aktualne, jak ochronić kulturową wartość terenów postoczniowych? Jak sprawić, aby inwestorzy chcieli urządzić dzielnicę wykładając środki, z poszanowaniem dziedzictwa? Wreszcie, jak konkretnie ochronić żurawie, które w studium zostały uznane za ważne kulturowo? Skąd wziąć kilkadziesiąt milionów złotych na przejęcie grupy dźwigów KONE z terenem i pochylnią? Skąd wziąć pieniądze na ich zagospodarowanie, utrzymanie?
Kto powinien to zrobić? Czy kolejni ministrowie kultury, którzy w mediach wyrażają swoje zdanie na temat tego jak powinna zostać zagospodarowana Stocznia, nie powinni swoich intencji potwierdzić czynami?

Według naszej oceny, jedynym sposobem skutecznej ochrony tego terenu przed zbytnią fantazją inwestorów jest nadanie tym terenom nie tyle statusu parku kulturowego, bo to status, który nie uchroni Stoczni, ale teren ten powinien decyzją Prezydenta RP zostać uznany, jako całość, za Pomnik Historii. To jedyny sposób aby zagwarantować ochronę istniejącej substancji. Jeśli jednak Stocznię uznajemy za nasze narodowe dobro, to powinny iść za tym środki, które pozwolą tę ochronę wdrożyć i udostępnić wszystkim. Mam tu na myśli między innymi kwestię żurawi. To nie jest ciężar, który możemy udźwignąć samodzielnie jako miasto.

Dla zainteresowanych niuansami ochrony prawnej jaką daje park kulturowy, pomnik historii odsyłam do ciekawego artykułu, który nie tak dawno ukazał się w Rzeczpospolitej http://prawo.rp.pl/artykul/1045383.html

Dlatego, kiedy mieszkaniec miasta pyta się mnie „Dlaczego miasto nic nie robi w sprawie stoczni?”, mogę z całą odpowiedzialnością odpowiedzieć, że robi tyle ile może, a nawet dużo więcej, jednak bez poznania całej historii i skomplikowanej materii, trudno z pewnością wyrobić sobie swoje własne zdanie na ten temat.

Zapraszam do komentowania. Komentarze są moderowane, czyli muszą poczekać chwilę na akceptację.

Komentarze