Lubię czytać felietony Marka Górlikowskiego. Są zazwyczaj celne, dowcipne i inteligentne. Ale, niestety, nie zawsze. Felieton „Warto było zakłócić ten mir” z 22 grudnia zaskoczył mnie bardzo. In minus.

Górlikowski pisze o incydencie, jaki miał miejsce podczas sesji Rady Miasta Gdańska. I nie mam zamiaru spierać się z jego ocenami – ma wszak do nich prawo. Chodzi mi o fakty. Szkoda, że autor felietonu pisze o tym, czego nie widział, co zna tylko z przekazów. Być może gdyby był świadkiem tych wydarzeń opisałby je inaczej. Ale go nie było i jego felieton roi się od informacji, które nic z prawdą nie mają wspólnego.

Górlikowski pisze; „Radni Gdańska, ale też prezydenci miasta na ostatniej sesji byli świadkami jak ochroniarz uderzył w brzuch pałką Bartosza Kantorczyka z trójmiejskiej Federacji Anarchistycznej, który wtargnął na obrady. Potem przegłosowali budżet, następnie podzielili się opłatkiem, wysłuchali żenujących dykteryjek abp. Sławoja Leszka Głódzia jak ta, że na opłatkach się całuje, ale na grypę nie choruje, a na koniec zjedli wigilijne dania m.in. grzybową z łazankami Wszystko to popili białym lub czerwonym winem i poszli do domu”. Otóż nie poszli do domu. Po opłatku, po grzybowej z łazankami, radni wznowili obrady. I uchwalili 21 uchwał. Ale to Górlikowskiemu nie pasowało do z góry przyjętej tezy.

Też nie jest prawdą, że obecni na obradach Rady Miasta biernie przyglądali się działaniom ochroniarza wobec zakłócających spokój anarchistów. Przewodniczący Rady Miasta Bogdan Oleszek interweniował. Na widok ochroniarza z wyciągniętą pałką przewodniczący podszedł, kazał ochroniarzowi pałkę schować i wyjść. Ponadto przewodniczący Oleszek zaproponował jednemu z anarchistów by ten odłożył tubę i przez mikrofon wyłuszczył radnym o co mu chodzi. Ale pan Górlikowski tego nie widział. Nie mógł widzieć, bo go nie było.

Dalej Marek Górlikowski pisze; „Anarchiści burząc ten mieszczański spokój być może działali wbrew prawu, ale ten odruch obywatelskiego nieposłuszeństwa warto było zobaczyć, bo obnażył miernotę Rady Miasta Gdańska”. To bardzo niebezpieczny kierunek myślenia. Jeszcze chwila i nie wykluczam, że autor tych słów nazwie demolowanie stadionu przez kiboli „obywatelskim nieposłuszeństwem”. To moje podejrzenie mieści się w logice jego felietonu. Niestety.

Czym jest obywatelskie nieposłuszeństwo? Otóż jest to „celowe działanie łamiące konkretne przepisy prawne w imię przekonania, że owe przepisy rażąco naruszają wartości istotne dla stosującego nieposłuszeństwo obywatelskie – połączone ze świadomością możliwości poniesienia negatywnych konsekwencji prawnych i godzeniem się z możliwością ich poniesienia”.

To poważna broń. Stosowana głównie przez ludzi, którzy mają świadomość, że prawo nie jest przestrzegane przez tych, którzy winni stać na straży prawa. Sam niejednokrotnie stosowałem tę metodę. Zarówno wtedy, gdy jako licealista wydawałem niezależną gazetkę, jak i wtedy, gdy stanąłem na czele strajku studentów Uniwersytetu Gdańskiego w 1988 roku. Ale wówczas władze państwowe stały na straży prawa, które w sposób ewidentny łamały prawa człowieka. A ponadto nie było innych możliwości egzekwowania naszych podstawowych praw.

Dziś jest inaczej. Każdy obywatel Gdańska ma wiele możliwości wyrażenia swojego zdania. I to nie tylko za pośrednictwem radnych. Co miesiąc spotykam się z mieszkańcami poszczególnych dzielnic naszego miasta. Przyjmuję skargi obywateli. Wystarczy przyjść i przynajmniej spróbować porozmawiać, zapytać, wylać swoje żale. Anarchiści mogli też odwiedzić radnych na ich dyżurach – nie zrobili tego. Bo nie o to im chodziło. Im chodziło tylko i wyłącznie o to, by za pomocą zadymy zaistnieć w mediach.

Gdyby jeszcze koledzy anarchiści zechcieli, przynajmniej od czasu do czasu, zapoznać się ze sprawą, przeciw której zamierzają zaprotestować. Prosty przykład. Twierdzą, że radni „zaplanowali drastyczną podwyżkę czynszów w mieszkaniach komunalnych”. Nic bardziej fałszywego! Gdyby panie i panowie anarchiści zapoznali się z tą uchwałą, to może by się doczytali, że regulacja czynszów uderzy w lokatorów zamożniejszych. A skorzystają na niej ci najmniej zamożni.

Na sesji Rady Miasta widziałem anarchistów nie po raz pierwszy w życiu. W latach osiemdziesiątych znałem dość dobrze działaczy Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. Czytywałem ich niezależne pismo „Homek”. To byli świadomi, niezwykle oczytani anarchiści. Ciekaw jestem, czy ich dzisiejszym kolegom od zadym coś mówią takie nazwiska, jak Fourier, Godwin, Proudhon, Déjacque, Kropotkin, Bakunin? Czy czytali ich teksty? Obawiam się, że nie.

Komentarze