Kilka dni temu Roman Gałęzewski, przewodniczący Solidarności Stoczni Gdańskiej i ja – spotkaliśmy się w sądzie. Powód pozornie błahy, jedno zdanie wypowiedziane przeze mnie w maju tego roku: „Gałęzewski palił opony pod urzędem miejskimi, różne nieprawdziwe rzeczy wygadywał”. Zdaniem tym szef stoczniowej Solidarności poczuł się dotknięty. Bo gdy w Gdańsku płonęły opony podpalone przez stoczniowców – on był w Warszawie.

Faktycznie – Romana Gałęzewskiego nie było wśród osób, które 29 kwietnia zablokowały skrzyżowanie ulic Nowe Ogrody i 3 Maja. To nie on osobiście wstrzymał ruch pojazdów, nie jego ręka podpaliła opony. Nie on rzucał petardy. Nie on wreszcie – uzbrojony w megafon – krzyczał, że prezydent Gdańska nigdy nie zrobił nic dla Stoczni. Wyręczył go w tym jego zastępca – Karol Guzikiewicz. Wyręczyli go inni związkowcy,. Ale byli to ludzie za których działania pan Gałęzewski, jako przewodniczący Komisji Zakładowej, ponosi odpowiedzialność.

Tak naprawdę nie chodzi tu o słowa. Nie chodzi o to, kto i kiedy zastosował jakie środki stylistyczne. Chodzi o znacznie więcej – o odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale też za ludzi, których się reprezentuje.

W prasie co i rusz pojawiają się artykuły, których tytuły krzyczą: „Adamowicz zrobił to”, albo „Adamowicz nie dopilnował tamtego”. Czy powinienem za każdym razem autora artykułu podawać do sądu? Wszak osobiście nie łatam dziur w drogach, nie kieruję tramwajami, nie sprzątam chodników. Ale robią to podlegli mi ludzie, pracownicy wydziałów magistratu, jednostek miejskich. Więc ja, jako ich szef jestem za te ich działania odpowiedzialny. I tę odpowiedzialność przyjmuję. Nie tłumaczę, że nie wiedziałem, że byłem w Warszawie, w Brukseli, czy na wakacjach. Zamiast obrażać się na redaktorów przyjmuję krytykę i wyciągam z niej wnioski, a jeśli trzeba – również konsekwencje wobec odpowiedzialnych osób.

Fakt, że spotkaliśmy się w sądzie świadczy o tym, że Roman Gałęzewski takiej odpowiedzialności wziąć na siebie nie potrafi. Albo też nie chce. A skoro tak, to jaki z niego przewodniczący?

Komentarze